153/2017
5 października 2014 - wtedy to się stało.
Pamiętam ten dzień jakby to było dzisiaj.
Piękna, ciepła niedziela.
Tego dnia do Stanów wyleciał mój mąż i czekałam na wiadomość od niego, że doleciał. Leżałam z zagrożoną ciążą i z nudów grzebałam w internecie i nagle pojawił się baner: Anna Przybylska nie żyje. Czas się wtedy zatrzymał dla mnie, zbladły kolory, a ja pomyślałam o swojej starszej córeczce i malutkim dzieciątku w brzuchu. Zmroziło mnie, autentycznie poczułam ciarki na całym ciele. Ale czułam, że tym razem to sprawdzona informacja. Niedowierzanie, szok, złość, płacz, współczucie dla jej dzieci i rodziny. Myślę, że jej śmierć była szokiem dla nas wszystkich. Piękna, ze wspaniałymi dużymi oczami, niespotykanym głosem, kochająca rodzinę, mająca miłość na co dzień, karierę, ale nie mająca tego najważniejszego o czym zapominamy w pędzie życia. Zabrakło zdrowia. Ta choroba potrafi zabić w szybkim tempie, tak jak pokonała Anię, która walczyła do końca. Któż z nas nie zna kogoś kto umarł na raka? Chyba nikt.